Jednak hiperfikcja wciąż jest tak kompletnie nowa, że trudno tu o stuprocentową pewność, czym jest naprawdę. Bez określonego centrum - to jest akurat jasne, ale także - bez żadnych krawędzi, bez końca i bez granic. Tradycyjna linia czasu narracji zanika w geograficznym krajobrazie lub w podniecającym labiryncie; rozwinięcia akcji i zakończenia nie są już częścią bezpośredniego obrazowania. W zamian za to - opcje rozgałęzień, menu, znaki odnośników, oznaczona na mapach siatka połączeń. W tych pozbawionych wierzchołków (i pozbawionych dna) sieciach nie ma żadnych hierarchii, gdyż paragrafy, rozdziały i inne konwencjonalne podziały tekstu zastąpiono blokami tekstu i grafiki, co jest tyleż uprawomocnione co efemeryczne. Wkrótce dołączą do nich dźwięk, animacja i film.
Caroln Guyer i Martha Petry w swoim prologu "kierunki" otwierającym ich wspólną hipertekstową fikcję Izme Pass opublikowaną (jeśli "opublikowana" jest tutaj właściwym słowem) na dyskietce wiosną 1991 roku w magazynie Writing on The Edge, przedstawiają swoje dzieło w następujący sposób:
Jest to nowy rodzaj fikcji i nowy rodzaj czytania. Tekst jest zrytmizowany, zapętla się w sobie we wzory i warstwy, które stopniowo przybieraja na znaczeniu, dokładnie tak jak upływ czasu i wydarzeń czyni to z naszym życiem. Osadzenie w utworze tekstowych odsyłaczy sprawia, że narracja zlepia się w przeróżne konfiguracje, w płynne konstelacje utworzone przez trajektorię twoich zainteresowań. Różnica między czytaniem hiperfikcji a czytaniem tradycyjnej fikcji drukowanej to różnica między żeglowaniem między wyspami a staniem w porcie i obserwowaniem morza. Jedno niekonicznie musi być lepsze od drugiegoMuszę wyznać w tym miejscu, że osobiście nie zaliczam się do wytrawnych żeglarzy hiperprzestrzeni, nie mam też zamiaru angażować się w pisanie własnej hiperficji, jako, że mam już siedemdziesiątkę na karku i choćby z tej przyczyny skazany jestem, na dobre i na złe, na wychodzącą z użycia technologię druku. Mimo to, będąc wierny zamiłowaniu do dywersji tradycyjnej powieści burżuazyjnej, wierny fikcji, która rzuca wyzwanie linearności, poczułem, że coś wisi w powietrzu i powinienem wiedzieć, coż to takiego: jeśli nie zamierzam pożeglować na wyspy Guyer i Petry, to przynajmniej wybiegnę na brzeg z polową lornetką. A czyż może być lepszy sposób na naukę niż poprowadzenie kursu na interesujący nas temat? I w ten właśnie sposób zorganizowałem warsztaty hipertekstowej fikcji na Uniwersytecie Brown. Kurs trwał dwa wiosenne semestry (w tym czasie przeminęły dwie generacje oprogramowania) - i poświęcony był zarówno zmianie czytelniczych nawyków w zderzeniu z hipertekstem, jak i tworzeniu nowych narracji.