Robert Coover

Koniec Książek

Tłum. Mariusz Pisarski

Poza pojedynczymi opowiadaniami, które w mniejszym lub większym stopniu oparły się naruszeniu starego prawa własności, w naszej pracowni znalazło się też miejsce na swobodną, często anarchiczna zabawę w zbiorową fikcję o nazwie Hotel. Tutaj pisarze mogli swobodnie meldować się i otwierać nowe pokoje, nowe korytarze, nowe intrygi, wymazywać tekstowe hiperłącza i tworzyć nowe, wtrącać się lub prowadzić działalność wywrotową na tekstach innych, zmieniać tory fabuły, manipulować czasem i przestrzenią, podejmować dialog z powieściowymi bohaterami, potem zabijać postacie stworzone przez innych lub nawet sabotować hotelową instalację wodociągową. Na przykład pewnego, w hotelowym barze mogliśmy widzieć kobietę i mężczyznę, których spotkanie najwyrażniej zakończyć się miało upojną pełną seksu nocą. Jednak wracając tam po kilku dniach odkryliśmy, że jedno z nich lub nawet dwoje zmieniło płeć.

W trakcie jednego z moich hipertekstowych zajęć, gdy okazało się, że w naszym hotelu poza jednym barmanem, który tam pracował pojawili się inni barmani, powstało specyficzne czytelnicze napięcie: czy bar jest tym samym barem czy też innym? Jeden ze studentów - znowu Alvin Lu - spróbował rozwiązać zagadkę, łącząc wszystkich barmanów z Pokojem 666, któremu dał nazwę "Centrum Produkcji". A tam - jakiś uwięziony obcy stwór płodził na życzenie gotowych barmanów. Ta przestrzeń z zasady anonimowych fragmentów tekstowych nadal dostępna jest w internecie, i każda grupa nowych studentów może się tam zameldować i kontynuować historę Hipertekstowego Hotelu. Chciałbym, żeby został on tam przez następny wiek lub dwa. Jednakże, co odkryła większość z nas, nawet jeśli podstawowe technologie hipertekstowe mogą pozostać z nami przez stulecia, może nawet tak długo jak technologia druku, to zarówno sprzęt na którym działają, jak i oprogramowanie, wydają się być bardzo ulotne i krótkotrwałe: nim zdążyliśmy przeczytać ich instrukcje obsługi - pojawiła się całkiem nowa generacja sprzętu i programów. Nawet teraz, gdy to piszę, wysoko wyspecjalizowany system Intermedia, powstały na uniwersytecie w Brown, w którym powstawały nasze hipertekstowe fikcje, przeżywa swój kres, gdyż jest zbyt drogi w utrzymaniu i niekompatybilny z nowym systemem Apple`a.

Sporą część naszych zajęć w ubiegłym semestrze spędziliśmy na przesyłaniu naszych dokumentów z Intermedia do Storyspace (na który zdecydował sie w tej chwili Brown) i na przystosowywaniu tych tekstów do nowego środowiska. Problem standartów systemów operacyjnych staje się gorącym tematem dyskusji i debat wśród autorów hipertekstów. Jeśli interakcja ma być znakiem rozpoznawczym nowej technologii - to wszyscy jej odbiorcy muszą mieć do niej równy dostęp, musi mieć ona wspólny i stały język. Pojawiają się też inne problemy. Na przykład procedury nawigacyjne: jak poruszać się po tej nieskończonej przestrzeni, by się nie zgubić? Sama jej struktura potrafi być tak zniewalająca i bałamutna, że doszczętnie zaabsorbuje narratora a czytelnika po prostu zmęczy. Obok tego powstaje jeszcze problem wartościowania. W jaki sposób, w tym labiryncie, mając do czynienia z tekstem niestabilnym, na którym każdy autor-czytelnik może dokonywać zmian, zdołamy uciec od banału? Jak uniknąć śmiecia?