Hipertekst, choć nie jest zupełną nowością, to jednak niesie ze sobą zmiany w sposobie prezentowania treści i sposobie komunikowania. Ideą hipertekstu było udostępnienie wszelkich pisemnych publikacji w jednej, dostępnej wszystkim sieci informacyjnej, a następnie zezwolenie każdemu, bez ograniczeń na dowolne modyfikowanie połączeń, czyli hiperłączy pomiędzy tekstami. Usuwanie ich, tworzenie nowych, wprowadzenie losowych odnośników, a także wprowadzanie notatek na każdym tekście, a nawet zmienianie tekstów, ich poszerzanie i dopisywanie dalszego ciągu. Utopia ta nie zrealizowała się jednak do końca. Wiedza nadal nie jest dostępna dla wszystkich i niejednokrotnie, korzystając z Internetu trzeba słono płacić za dostęp do ciekawych artykułów, czy książek w postaci e-booków. Nawet biblioteki akademickie, chcąc zaoszczędzić pieniądze, rezygnują z subskrypcji drukowanych czasopism, zamieniając je na elektroniczne pakiety. Płacą za nie mniej, ale muszą płacić za całe pakiety- również za czasopisma, których nie chcą, a wydawcy dodają do tego dodatkowe ograniczenia, np. mówiące o tym, że dostęp do nich mają jedynie studenci i pracownicy akademiccy. Niejednokrotnie nie można już poszerzać wiedzę nie studiując, z racji powyższych ograniczeń. Ba, nawet studenci nie mogą przeglądać niektórych elektronicznych czasopism będąc w akademiku, ponieważ wykupiona licencja obowiązuje tylko w uniwersyteckiej sieci elektronicznej, do której akademiki nie są już zaliczane. Czy zatem Internet- medium umożliwiające komunikację może także być nową przyczyną światowego podziału?
Z internetu korzystamy w Polsce tak naprawdę od dziesięciu lat, choć rozwijał się od lat sześćdziesiątych, początkowo bazując na sieci Arpanet- łączącej kilka komputerów akademickich w Stanach Zjednoczonych. Daje on szerokie możliwości porozumiewania się przy użyciu takich narzędzi jak czat, poczta elektroniczna, listy dyskusyjne, fora dyskusyjne, a także zdobywania informacji ze stron WWW w postaci tekstowej, graficznej, filmowej, czy też dźwiękowej, przy wykorzystaniu wyszukiwarek lub tak zwanych agentów. W sieci, bo tak potocznie określa się Internet, zgromadzonych jest sporo informacji- można rozwijać swoje zainteresowania, zdobywać informacje niezbędne do studiowania danego zagadnienia, ściągać artykuły i książki.
Nie wszyscy jednak mają dostęp do sieci. Jakie są bariery, które uniemożliwiają lub ograniczają dostęp do wiedzy umieszczonej w Internecie? Odpowiadając na to pytanie chciałbym się wspomóc analizami dokonanymi przez Manuela Castellsa w książce pod tytułem "Galaktyka Internetu". Na podstawie jego rozważań wyróżniłbym kilka zagadnień:
- Problem przyłączenia. Według Castellsa ludzi włączyć do sieci i wyłączyć z niej można równie łatwo. Istotne jest więc, kto panuje nad możliwością przyłączenia i ewentualnie może nas pozbawić dostępu do Internetu. Może to prowadzić do praktyk monopolistycznych: jedna firma, która przejęłaby kontrolę nad dostępem do Internetu, mogłaby żądać za swe usługi wysokich opłat. W ten sposób część społeczeństwa mogłaby nie mieć szans na korzystanie z globalnej sieci informacyjnej.
- Problem jakości połączenia. "Elastyczność Internetu, wyrażająca się w zróżnicowaniu jakości korzystania, może doprowadzić do ucieczki bogatych warstw społeczeństwa do przestrzeni łącz szerokopasmowych". Nawet umożliwienie wszystkim ludziom dostępu do sieci przy wykorzystaniu łącz telefonicznych, nie pozwoli na porównywalne korzystanie z zasobów sieci. Określiłbym to tworzeniem się kast cyberprzestrzeni, a przynależność do danej kasty wyrażałaby się poprzez przepustowość łącz, dzięki którym korzystamy z Internetu.
- Problem różnych przestrzeni. Castells wyróżnia "przestrzeń przepływów, która łączy oddalone miejsca ze względu na ich wartość rynkową, społeczną selekcję i dzięki jakości infrastruktury oraz przestrzeń miejsc, czyli zamkniętych w swoim najbliższym otoczeniu ludzi, którym, z powodu braku pieniędzy, trudno się przeprowadzić w lepszą okolicę oraz uzyskać dostęp do globalnej sieci."
- Problem rozmieszczenia sieci. "Sieci szkieletowe, na których opiera się Internet istnieją głównie w Stanach Zjednoczonych oraz Europie. Natomiast dostarczyciele Internetu są w większości skoncentrowani w kilku obszarach metropolitalnych krajów rozwiniętych." Ma to bardzo istotne znaczenie, ponieważ korzystanie z sieci przez mieszkańców innych obszarów niż Europa i Stany Zjednoczone, wymusza na nich zależność od infrastruktury Internetu zbudowanej przez kraje zachodnie. Jest to jeszcze jeden przykład powiązań między państwami, ściśle wiążący się z procesem globalizacji.
Niewykluczone, że z racji powyższych ograniczeń uwidoczni się rozwarstwienie społeczne, spowodowane brakiem dostępu do wiedzy i pojawi się (a właściwie już się pojawia) nowy rodzaj biedy- biedy informacyjnej- spowodowanej brakiem dostępu do Internetu . Pytanie, jakie zawarłem w tytule tego tekstu brzmi: "nowy człowiek?". Miało mnie ono skłonić do refleksji nad tym, czy nowe technologie, jakie wprowadzamy, tzw. nowe media, niosą ze sobą zmiany dla świata oraz dla postrzegania tego świata przez jednostkę ludzką. Czy człowiek korzystający z hipermediów jest wciąż tym samym człowiekiem, czy może hiperczłowiekiem? Czym wyrażałaby się owa nadludzkość człowieka? Pozostając w kontekście przedstawionych powyżej rozważań Castellsa mógłbym zapytać: czy hiperczłowiek- nadczłowiek byłby tym, który posiada dostęp do źródeł wiedzy i informacji w przeciwieństwie do podludzi, pozbawionych tego dostępu?
Od kilku lat trwają prace nad elektronicznym papierem. E- papier ma być lekki, cienki, będzie można go zginać i składać jak kartkę. Z tą tylko różnicą, że teksty i obrazy umieszczone na nim będą wyświetlane, a nie drukowane. Niby nic dziwnego. Dodam tylko tyle, że do stworzonej przy użyciu elektronicznego papieru książki można dołączyć pamięć elektroniczną- a na tym polu następuje wyraźna miniaturyzacja kart pamięci i twardych dysków, przy jednoczesnym wzroście ich objętości. Tak stworzoną książkę, czy czasopismo można by podłączyć do Internetu. A wtedy Schulzowska księga przestaje być mrzonką i powoli nabiera realnych kształtów. Książka nieustannie aktualizowana, z dostępem do wszystkich opublikowanych na świecie informacji- może to już nie utopia? Może to niedaleka przyszłość.
Chciałbym odwołać się w tym miejscu do werbalnego przekazywania wiedzy w odległej przeszłości. Korzystanie z mediów elektronicznych, takich jak Internet, przy rozpowszechnianiu informacji, przypomina właśnie epokę słownego przekazywania faktów. Możliwe jest kopiowanie pewnych treści, modyfikowanie ich, łączenie ze sobą. Wiedza przestaje funkcjonować jako czyjaś własność. Niejednokrotnie w przypadku mediów elektronicznych mówi się o tzw. drugiej oralności, czego przykładem może być hipertekst . Zmienia się również pojęcie autorstwa i przybiera wiele różnych postaci, wymienię najbardziej według mnie interesujące: remiks, sampling, open source czy autorstwo jako wybór funkcji z menu.
Pozostaje tylko jeden problem. Technologia już od kilkuset lat umożliwiała ludziom dokonywanie wielkich rzeczy. Rozwój przemysłu, środków transportu, komunikowania między ludźmi, poznawanie głębin oceanów i podbój kosmosu- wszystko to było możliwe dzięki technologii. Ale technologia umożliwiała także skuteczne wyrzynanie Indian Cortezowi, Adolfowi Hitlerowi szybkie zwycięstwa wojenne, a Amerykanom łatwe zwycięstwo w Japonii, wsparte zrzuceniem dwóch nowoczesnych bomb na Hiroszimę i Nagasaki.
Choć Internet nie jest kolejną bronią masowego rażenia, przynajmniej nie dosłownie, to jednak zanim zaczniemy chwalić jakąkolwiek technologię, zastanówmy się, komu i czemu na dłuższą metę służy. W tym miejscu przywołam słowa Stanisława Lema, zdecydowanego przeciwnika Internetu, dla którego globalna wioska McLuhana jest po prostu globalną mordownią. I choć hipertekst umożliwia indywidualne podejście do mediów użytkownikom, od innych mediów wyróżnia go interaktywny charakter, pozwala na rozwój i rozkwit społeczeństwa informacyjnego, to jednak nie jest dostępny dla wszystkich. Dlatego uważam, że nie jest istotne tylko tworzenie nowych technologii i ich wykorzystywanie, a nawet zmiany, do jakich nowe media się przyczyniają, ale umożliwienie skorzystania z nich wszystkim ludziom- dopiero wtedy będzie można mówić o rzeczywistym społeczeństwie informacyjnym. W dzisiejszym świecie niemożliwość inicjowania procesów komunikowania to jak zesłanie na bezludną wyspę, która nie dość, że bezludna, to jeszcze przywiązana na zawsze do swego miejsca i stopniowo coraz częściej omijana przez informacyjne szlaki tych, dla których inicjowanie procesów komunikowania poprzez nowoczesne media to chleb powszedni. Z takiej wyspy nie da się uciec.
To, co mówi Lem, to rzeczywiście radykalne stwierdzenie. Być może hiperczłowiek to w rzeczywistości ten sam człowiek co dotąd, korzystający tylko z innych środków technicznych, a hipertekst jest tylko kolejną nowością, która istniejąc dziś w Internecie, zastępuje powoli pewne media, ale jutro to ona może zostać zastąpiona.
Hipertekst, z racji swoich podstawowych cech: nielinearności, konieczności wyboru bywa często krytykowany. Może jednak krytyka hipertekstu to w rzeczywistości lęk przed nim, Faraonowa krytyka Hermesa, który przed chwilą wynalazł pismo? A hiperczłowiek, który korzysta z hipertekstu to jednostka dobrze wykształcona w zakresie korzystania z nowych mediów, traktująca tekst na równi z obrazem, filmem, grafiką i muzyką. Jednostka potrafiąca samodzielnie, krytycznie myśleć, nie wstydząca się własnych wyborów, a przecież to one są istotą hipertekstu i odpowiedzialna za nie. Nie tylko przed społeczeństwem, ale przede wszystkim przed samym sobą, nie wstydząca się indywidualnego sensu i swoich małych narracji. Jeśli tak, to może powinniśmy wspierać rozwój hipermediów i propagować korzystanie z nich, a największy problem, to umożliwienie korzystania z nich wszystkim ludziom, tak by nie tworzyć kolejnego światowego podziału.
Zdaję sobie sprawę, że temat, jaki podjąłem, pytanie, jakie postawiłem nie ma jednoznacznego wyjaśnienia i jednoznacznej odpowiedzi. Dlatego też nie decyduję się na ostateczną odpowiedź, a tekst ten jest mocno nasączony kolejnymi pytaniami. Zatem czy od hipertekstu do hiperczłowieka? A może od hipertekstu do człowieka? Albo jeszcze inaczej- od człowieka do hipertekstu- i w tym miejscu zamiast znaku zapytania, zapytam, czy ów znak jest tu potrzebny? Zakończę cytatem Manuela Castellsa:
A zatem dzięki Internetowi- i niezależnie od multimediów- mamy hipertekst: nie hipertekst jako taki, ale mój hipertekst, twój hipertekst czy hipertekst kogoś innego. Te hiperteksty są na razie ograniczone ze względu na ograniczenia szerokości pasma i dostępu. I mogą takie pozostać, o ile ta zdecentralizowana forma ekspresji kulturowej nie zostanie albo urynkowiona, albo przeciwnie- przestanie być traktowana jako towar. Każdy z nas ma więc swój osobisty hipertekst, skromny hipertekst- na tyle skromny lub na tyle wyrafinowany, na ile każdego z nas stać. Ale jest to rzeczywiście indywidualny hipertekst utworzony z wielu rodzajów ekspresji kulturowej połączonych w nowe formy i znaczenia.